![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
miasto-doznan bloguje...2009-11-19 21:00:12Prawie Komfortowa Podróż Nie podróżuję pociągami zbyt często, ale jeśli już mi się to zdarza, to są to raczej podróże dalsze niż bliższe. Rzadko zdarzało mi się zawodzić na PKP, jednak tych kilka incydentów, które mi się przydarzyły, nauczyły mnie zasady ograniczonego zaufania do usług tego przewoźnika.
Spóźnienia. Pamiętam, że raz we Wrocławiu czekając na podstawienie pociągu do Szczecina, obserwowałam jak peron przeżywa absolutne oblężenie. Wchodząc nań, obawiałam się, że to stado ludzi czeka na pociąg, na który zmierzam ja i do mojego celu czeka mnie droga przez mękę. Jakaż była moja ulga, kiedy okazało się, że ten tłum w większości oczekuje pociągu do Jeleniej Góry, który był opóźniony o, bagatela, 180 minut. Kiedy pociągowi udało się dojechać do stacji, na twarzach podróżnych malowały się przeróżne emocje - ulga, zrezygnowanie, wściekłość, radość. Cała panorama! Ale opóźnienie dotknęło i mnie. W tym roku postanowiłam jechać na festiwal w Jarocinie. Chcąc zaoszczędzić, wybrałam trasę Żory - Rybnik - Katowice - Kluczbork - Jarocin, bowiem niestraszne mi przesiadki, tym bardziej jeśli między przyjazdem jednego pociągu a odjazdem kolejnego jest około pół godziny. Już pierwszy pociąg przyjechał opóźniony, a że dużo osób w Rybniku przesiadało się do pociągu Katowic, to ten opóźnienie miał już na starcie. Później było już tylko gorzej. Z Żor do Katowic autobusem jedzie się około trzech kwadransów. Pociągiem, zgodnie z rozkładem, około sześciu kwadransów. Ja jechałam prawie dwanaście. Pociąg do Kluczborka, na który miałam w Katowicach czekać godzinę, oczywiście zdążył odjechać. Konduktor poinformował mnie jak w związku z tym mogę dotrzeć do Jarocina trasą na jaką mam bilet. Mając na starcie ponad dwie godziny w plecy, doszła godzina czekania w Katowicach na kolejny pociąg. Ten już na szczęście jechał zgodnie z rozkładem. Przez opóźnienie na początku trasy, moja podróż rozszerzyła się o jedną przesiadkę - w Ostrowie Wlkp. Wydłużyła się też o dobre parę godzin. Wiwat PKP! Największy absurd jednak spotkał mnie, kiedy z Jarocina wracałam. Przed wyjazdem na festiwal sprawdziłam pociągi powrotne. Według internetowego rozkładu jazdy miałam być około 17:20 w Opolu, natomiast o 17:37 miałam stamtąd mieć pociąg do Rybnika. Pociąg do Opola przyjechał planowo, patrzę na tablicę odjazdów i co widzę? Pociąg do Rybnika o 17:05. Poważnie się przeraziłam - w portfelu ani grosza, do domu daleko, a następny pociąg, którym mogłabym jechać na moim bilecie, dopiero za... niecałe 24 godziny. Mimo to idę na peron, z którego pociąg miał odjechać 15 minut temu i co widzę? Opóźnienie. Uff! Wrócę do domu! O której przyjechał pociąg do Rybnika? O 17:37, tak jak w internetowym rozkładzie jazdy.
Zmiany rozkładu. Taki psikus PKP zrobiło mi tylko raz. Rok temu w wakacje wybierałam się do Nowej Soli. Z Żor do Wrocławia pospiesznym, we Wrocławiu dwie godziny do pociągu do celu wycieczki. Taki plan podróży dał mi internetowy rozkład jazdy na dwa dni przed nią samą. W dniu wyjazdu rano coś mnie tknęło żeby przed wyjściem z domu sprawdzić jeszcze raz pociągi. Sprawdzam i co się okazuje? Zamiast dwóch godzin czekania na przesiadkę, czekają mnie cztery, bo zmiana rozkładu i "mój" pociąg akurat nie kursuje w okresie takim i takim. Dobrze, że przesiadka we Wrocławiu, a nie jakiejś pipidówie, ale i tak miałam poczucie traconego czasu.
Obsługa pociągu. Czasem pozostawia wiele do życzenia. Zazwyczaj spotykam się z względnie miłymi konduktorami, ale było parę dziwnych przypadków. Raz jeden pan przez dłuższą chwilę przyglądał się mojej legitymacji - a to dał ją pod światło, a to zdjęcie nieco odchylił i patrzył, co pod tym zdjęciem. W końcu bez słowa oddał. Innym razem, jechałam akurat z koleżanką, inny pan nie omieszkał przeczytać z legitymacji naszych danych i koleżanki pytać czy jest "z tych Iksińskich", a do mnie rozmawiać kulejącą gwarą śląską, bo "dziołcha ze ślunska w lubuskiem!". Znowuż pod koniec wakacji wracałam z koncertów w Pszczynie ostatnim pociągiem do Żor. Pociąg ostatni, więc pełen ludzi, głównie pijanych, jak to po darmowych koncertach. Kierownik pociągu, o zgrozo, też pijany. Kręcił się po pociągu wte i wewte, biletów nie sprawdził, ale za to od tych, którzy przyszli do niego bilety kupić, bo na stacji nie zdążyli, zainkasował po 3 złote... do kieszeni.
Mimo to lubię pociągi. Nic nie sprawia mi takiej radości, jak podróż pociągiem. Chociaż czasem jadą tak szybko, że mogłabym z pierwszego wagonu wyjść nazbierać grzybów i wsiąść do ostatniego. Chociaż czasem przelewa się w nich prawdziwe jezioro osobowości, często podejrzanych. Chociaż czasem załatwienie potrzeb fizjologicznych jest koszmarem, a zaczynając podróż muszę pamiętać nie tylko o tym, że pewnie i tak nie będzie zgodna z planem, ale także o takich przyziemnych sprawach jak unikanie obuwia na obcasie. Lubię pociągi, mają swój urok. Choćby w tym, że kto wie, czy wagonem, którym jechałam w niedzielę z Wrocławia do Rybnika, nie jechał z Katowic do Poznania mój tata, by odwiedzić moją mamę zanim jeszcze wzięli ślub, czyli ponad dwadzieścia lat temu? Tagi: debata, podróż, pociągi, absurd, pkp skomentuj (0) 2009-11-19 18:03:07 Co z tą telewizją?! Nie przekonałam się na własnej skórze jaka była telewizja dwie dekady temu. Nie miałam ku temu okazji, nie było ku temu możliwości, bo i jak, skoro za dwa miesiące skończę dopiero lat dziewiętnaście? Tak samo nie mam pojęcia, jak to było "za komuny", chociaż skłonna jestem wierzyć tym, mówiącym, że lepiej. Może dlatego, że z wiekiem widzę, że ludzie wcale nie są przyjaźni i pomocni, większość dba tylko o własne interesy, a do celu idzie po trupach, podczas gdy jeszcze niedawno (bo przecież tak niedawno płakałam, bo nie chciałam zjeść kaszki!) niemal każdy starał się być altruistą? A może dlatego, że jest tak w rzeczywistości i w konsumpcyjnym pędzie każdy z nas staje się egoistą? Tak jak świat w moich oczach zmierza w złym kierunku, tak też dzieje się z telewizją. Kiedyś naprawdę lubiłam włączać odbiornik i spędzić przy nim trochę czasu, poza Wiadomościami, Panoramą czy innym programem informacyjnym były też inne warte obejrzenia programy, nawet seriale były ambitniejsze (nie mówię o Modzie na sukces, bo jedyną w niej ambicją jest chyba ta należąca do reżysera - by zrealizować istne serialowe perpetuum mobile) i teleturnieje też jakby bardziej wymagające od ich uczestników garści intelektu (choćby taki Miliard w rozumie). I bajki! Za moich, nie tak znowu dawnych, czasów wciąż oglądało się Muminki, Pszczółkę Maję i Misia Uszatka. A teraz? A teraz TVN reklamuje dziesiątą edycję Tańca z gwiazdami. W ogóle od kilku lat panuje wielki boom na teleturnieje z "gwiazdami" (a kto z was wie kim są wszyscy uczestnicy obecnej edycji Jak oni śpiewają?). W każdym z nich intelektualna pustka, której nie sposób zapełnić. Według mnie ponad ten żałosny poziom wybija się nieco tylko emitowane w TVP2 Kocham Cię, Polsko. Ale tylko nieco. Mnóstwo seriali, a w każdym motywy oklepane jak tyłki łatwych dziewcząt (jak to napisał Kossakowski). Niby życie przeciętnych Polaków, a znajdźcie mi studentkę medycyny, która w książkach zakopuje się tylko przed sesją, ale zdaje wszystko na najwyższą ocenę (i nie pomaga sobie amfetaminą) albo dwudziestokilkuletniego faceta, który mieszkając od urodzenia w Stanach przenosi się do Polski i uczy w publicznym liceum (nie mając choćby kursu pedagogicznego). Bajka! A skoro już przy bajkach jestem... Nie posiadam młodszego rodzeństwa, nie spędzam czasu z młodszym kuzynostwem, więc jestem po tyłach jeśli chodzi o bajki. Czasami jednak wędrując po kanałach, zdarza mi się zatrzymać na chwilę na jakiejś bajce. Z dzieciństwa bajka kojarzy mi się z czymś miłym, ładnym... Kiedy miałam około 8 lat, hitem stały się Pokemony. Już te potworki mnie odrzuciły, ta "bajka" była okropna! Od czasów Pokemonów, widzę, że "bajkowa produkcja" znalazła się na równi pochyłej w dół. Przypominając sobie moje ulubione Muminki, współczuję dzieciom, że teraz telewizja raczy je takimi gniotami. Filmy upadły. Gdzie te genialne komedie sprzed lat, śmiejące się w zawoalowany sposób z systemu politycznego czy polskiego społeczeństwa? Nie ma. Teraz dostajemy serię produkcji o miłości, a co komedia, to kolejne powielenie istniejących już motywów. Upadła telewizja muzyczna. Kiedy na YouTube oglądam teledyski (choćby takiej Nirvany) ze znaczkiem MTV w prawym górnym rogu, nie mogę otrząsnąć się z szoku. To były czasy! Aktualnie na MTV więcej głupich programów o głupich nastolatkach niż muzyki. A kiedy już pojawia się jakaś muzyka, to również raczej mało ambitna. Co z tą telewizją?! Pozbawiona krzty ambicji, produkuje setki programów mających na celu zaspokojenie potrzeby rozrywki społeczeństwa masowego, nastawionego na konsumpcję, przyjmującego hedonizm za jedyną słuszną filozofię, doktrynę. Wydaje się jednak, że społeczeństwo powoli zaczyna nudzić głupota, masowo wylewająca się z odbiorników. Wydaje się również, że tendencja produkcji telewizyjnych gniotów jest rosnąca. Prędzej ludzie zaczną pozbywać się telewizorów bądź znacznie ograniczyć korzystanie z nich, czy jednak ci, którzy raczą telewidzów tą mdłą papką, zmienią priorytety? Co było pierwsze: jajko czy kura? Tagi: debata, telewizja skomentuj (0) 2009-11-18 20:33:25 Trójka Tour, Kraków, 10.11.09 Pod koniec sierpnia poszła w świat informacja, że jesienią ruszy Trójka Tour - wspólna trasa koncertowa Dick4Dick, Gaby Kulki oraz zespołu Czesław Śpiewa. Będąc jeszcze pod wrażeniem koncertu Gaby na OFF Festivalu, tęskniąc za dawno niewidzianym Czesławem, a Dicków darząc sympatią za "Wet and Dirty" śpiewane ze znajomymi od OFF'a jeszcze sprzed roku, wiedziałam, że na pewno pojawię się na koncercie w Katowicach bądź Krakowie i nawet jeśli cena biletu mnie przerazi, to wyciągnę pieniądze choćby spod ziemi. Od sierpnia do listopada, kiedy dzieci Mystica rozpoczęły trasę, minęło trochę czasu, podczas którego ogłoszona została cena biletów - 45 złotych nie brzmiało strasznie, tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę, że chcąc iść na koncert każdego z trzech wykonawców osobno, zapłaciłabym łącznie dużo więcej. Sam bilet kupiłam dość późno, mając wciąż wahania pod tytułem "Katowice czy Kraków?", ostatecznie wybierając jednak dawną stolicę Polski. Dość późno również dostałam w łapki nową płytę Dick4Dick, która zachwyciła mnie na tyle, że to na ich koncert czekałam najbardziej. Nadszedł dzień, kiedy moje oczekiwania miały zostać spełnione... Znając w Krakowie najlepiej dzielnicę Kazimierz, trafienie w miejsce leżące w zupełnie innej części miasta mogło stanowić pewien problem, ale spędzenie kilku minut z rozkładem jazdy MPK i mapą Krakowa szybko pozwoliło ustalić jak dotrzeć do klubu Studio. Dotarłszy tam pół godziny przed otwarciem bram, zajęłam sobie czas obserwowaniem życia w Miasteczku Studenckim AGH, a gdy z okna jednego z akademickich pokoi od kilkunastu minut dobiegały do mnie dźwięki piosenek Akuratu, obiecałam sobie w (już) niedalekiej przyszłości zrobić wszystko, by nie musieć mieszkać w akademiku. Przed 18:00, o której miało nastąpić tzw. otwarcie bram, postanowiłam przystanąć przy wejściu do klubu, gdzie powoli formowała się kolejka. Wybiła 18:00, kolejka rozrosła się już na parę metrów, a ochrona wciąż odwlekała wpuszczenie nas do środka. W końcu słychać zgrzyt przekręcanego w zamku klucza, drzwi się otwierają... możemy wejść! Pan ochroniarz odrywa część biletu, pani ochroniarz sprawdza zawartość torby, pouczając, gdzie można, a gdzie nie można palić oraz absolutnie zakazując robienia zdjęć, nawet telefonem! Przytakuję, oddaję płaszcz i parasol do szatni, zmierzam w kierunku baru, bo sala koncertowa nie została jeszcze otwarta, a na korytarzu jest zdecydowanie zbyt dużo ludzi. Tam oczekuję otwarcia sali koncertowej, a w tak zwanym międzyczasie spotykam koleżankę z Mysłowic, która pomimo mieszkania bliżej Katowic, również wybrała Trójkę w Krakowie. Korzystając z wolnego czasu razem z Waszką dopadamy jeszcze panią Męczyńską, menadżerkę Czesława, z jedną małą sprawą, a potem otwarta zostaje sala koncertowa, na której umieszczamy się tuż przy barierkach, niestety z prawej strony sceny, bo środek został już zajęty. Koncert pierwszy: Dick4Dick. Kto był na koncercie Dicków z czasów przed "Summer Remains" mógł się zawieść. Dick4Dick już nie śpiewają o tym, na co wskazuje ich nazwa, a na koncertach nie oblewają publiczności kefirem i są bardziej ubrani niż rozebrani. Mnie taka zmiana nie zawiodła, choć trochę szkoda, że ugrzecznili swój, bądź co bądź oryginalny, wizerunek sceniczny. Zawiodła mnie natomiast publiczność stojąca niemal nieruchomo, tylko pojedyncze osoby pozwalały sobie nieśmiało się pobujać. Przecież na Dickach pod sceną zawsze było szaleństwo! Teraz szaleństwo było tylko na scenie. Panowie śpiewali zarówno piosenki z nowej płyty, jak i starsze kawałki. Nie obyło się bez "Hollywoodu", chyba najbardziej przebojowej nowej piosenki, którą zespół zdobył sobie nowych fanów. Była także niespodzianka - "Balladę o bohaterze" zaśpiewała Gaba Kulka, przygrywając na fortepianie i wyszło to bardzo wdzięcznie i dźwięcznie. Koncert, nie za długi, ale skłamałabym mówiąc, że krótki, zakończył się zapowiedzią koncertu następnego, na który jednak trzeba było trochę poczekać, więc na ten czas znów udałam się do baru z zamiarem odciążenia nóg i choć spotkałam się z zanikiem miejsc siedzących, to jednak znalazłam jakieś dla siebie. Koncert drugi: Gaba Kulka. Choć miejsce znów przy barierkach, to jednak dość niefortunne, bo przez pół koncertu widziałam tylko biegające po klawiszach fortepianu palce Gaby, a ją samą zasłaniał mi sprzęt nagłaśniający. Niefortunnie też stanęli w pobliżu mnie panowie, którzy przyszli sobie porozmawiać i czasem pokrzyczeć. Ale nic to, bo wszystko zrekompensowała mi Gaba. Dużo piosenek z nowej płyty, ale były też i starsze, z którymi obiecałam sobie się zapoznać. Na "Hat, meet Rabbit" w tłumie pod sceną dało się wypatrzeć dwie głowy - na jednej były pluszowe królicze uszka, na drugiej kapelusz, ale nieskromnie stwierdzę: nihil novi, bo wraz z Waszką opatentowałyśmy to już na OFF'owym koncercie Gaby. Teraz jednak nie dysponowałyśmy ani uszami, ani kapeluszem. Gaba dała całkiem długi koncert, choć może po prostu to mi dłużył się czas. Myślałam, że będzie bez rewelacji, bo jednak płyta "Hat, Rabbit" zdążyła mi już trochę zbrzydnąć, słuchana do znudzenia, ale jednak stare (dla mnie nowe, bo nieznane) piosenki zachwyciły, a i niektóre z tych dobrze znanych również dały radość, bo to jednak dwie zupełnie różne sprawy: słuchać w domu z głośników, a słuchać i widzieć na żywo. Koncert trzeci: Czesław Śpiewa. "Proszę wybaczyć, że brakło sił o Ciebie walczyć..." - śpiewał w jednej z pierwszych na koncercie (i moich ulubionych!) piosenek Czesław, a ja myślałam o tym, że mi też brakło sił... bo brakło, więc większą część koncertu spędziłam na siedząco, widząc jedynie Hansa, bo resztę zespołu zasłaniały albo głośniki albo stojący przede mną ludzie. Koncert jednak ucieszył, ponieważ będąc dotychczas jedynie na festiwalowych występach Czesława, zdążyłam usłyszeć na żywo sporo piosenek z "Debiutu", a bardzo mało z repertuaru Tesco Value. Było więc cytowane wyżej "W sam raz", były również ulubione "Fischikella" i "Catchy Kathy", a piosenki z płyty, za którą Polska pokochała Czesława, zagrane były w nowych, ciekawych aranżacjach. Jak zwykle na koncercie Czesława, sporo ludzi zachwyciło się jego multiinstrumentalną koleżanką Karen (której solowy projekt mademoiselle KAREN jak najbardziej polecam!). Dodatkową atrakcją był perkusista, całkiem nowa postać w składzie zespołu. Spotkałam się z głosami, że perkusja za głośno, że wcale nie pasuje, a szczerze powiedziawszy ja nie zwróciłam na nią większej uwagi, moje uszy wręcz pominęły fakt jej zaistnienia. Kiedy koncert Czesława dobiegał końca, autobusem udałam się do centrum Krakowa i z przystanku podreptałam do Alchemii na kawę, a za jakiś czas niespodzianka! - do knajpki na afterparty przybył również cały skład, który jeszcze niedawno oglądałam na scenie. Miło było jeszcze sobie na nich popatrzeć, gdy czasem przemykali obok naszego stolika lub spotykając ich przy barze, powspominać to, co widziało się godzinę, dwie temu. Miło było również dojść do wniosku, że właśnie ma się za sobą jeden z lepszych koncertów, jakie widziało się w tym roku, że inwestycja w bilet nań była dobrym posunięciem i że w ogóle... warto było! Tagi: koncert, kraków, czesław śpiewa, dick4dick, gaba kulka, mystic, trójka tour skomentuj (0) |
|